Niedziela Świętej Rodziny

W niedzielę po Objawieniu Pańskim Kościół święty obchodzi uroczystość Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa. Pierwsze wzmianki o obchodach tego święta datuje się na drugą połowę XVIII wieku. Na stałe do liturgii (na początku w Kanadzie i Włoszech) wprowadzono je za pontyfikatu papieża Leon XIII, który 20 listopada 1890 r. wydał dekret aprobujący „kult czci zwrócony ku Rodzinie Świętej”. Papież ten wielokrotnie zachęcał do naśladowania Najświętszej Rodziny. Wskazywał na dobrodziejstwa, jakich można oczekiwać dzięki pobożności i związkom ze Świętą Rodziną: postęp w miłosierdziu, świętość obyczajów, atmosfera pobożności. Święto na cały Kościół rozszerzył papież Benedykt XV.

Oto jak opisuje życie Świętej Rodziny o. Rene Maria de la Broise TJ w książce pt. Najświętsza Maryja Panna:
Jak przedstawiało się życie Świętej Rodziny po powrocie z Egiptu i jak ono płynęło aż do trzydziestego roku Jezusa? Panował tam pokój doskonały, oparty na poszanowaniu władzy i na posłuszeństwie. Józef, głowa domu był wprawdzie mężem świętym, przewyższającym doskonałością nawet najświętszych, a przecież w tym kółku rodzinnym był pod tym względem najmniejszym. Wiedział o tym dobrze św. Józef i pokornie o sobie mniemał; mimo to jednak rozkazywał i swej Oblubienicy Niepokalanej, i samemu nawet Jezusowi, a czynił to bez obawy i niepokoju, gdyż był świadom, że spełnia przez to wolę Boga i w jego imieniu przemawia. Maryja zachowywała się wobec Józefa ze skromną uległością. Ale i ona również, choć uwielbiała Syna swego, przecież dawała Jezusowi te tysiączne drobne polecenia, jakie każda matka zwykła dawać swemu dziecku. Przywoływała go tedy do siebie, rozkazywała mu pomagać w domowych zajęciach, polecała mu wykonać to czy owo, posyłała po drobne sprawunki itp. Jezus chociaż był świętszym i mędrszym, aniżeli Jego rodzice, jednak spełniał najdrobniejsze ich polecenia i był uważnym na ich najlżejsze życzenia. Takie bowiem było upodobanie jego Ojca niebieskiego.

W świętym domku nazareńskim nie zawsze trwano na modlitwie, albowiem św. Rodzina musiała pracować na swe utrzymanie. Ubóstwo jest zbyt potężnym środkiem uświęcenia, żeby go Bóg nie miał nałożyć tym trzem osobom, którym najbardziej sobie upodobał. Nieraz dał im doświadczyć tego ubóstwa aż do ogołocenia ze wszystkiego, jak np. w Betlejem, w ucieczce do Egiptu. W zwykłych jednak warunkach życia, Święta Rodzina nie cierpiała nędzy, która zresztą była rzadkim zjawiskiem w narodzie izraelskim. Położenie materialne Świętej Rodziny odpowiadało prawdopodobnie jej ówczesnemu stanowi rzemieślniczemu. Pracą ręczną zaspokajała swe skromne potrzeby życiowe, toteż praca była niezbędnym środkiem jej utrzymania.

Józef wychodził tedy i udawał się co rano do swego warsztatu. Jezus w pierwszych latach swego dziecięctwa pozostawał w domu przy matce. Wnet jednak począł towarzyszyć swemu ojcu przybranemu, aby uczyć  się rzemiosła ciesielskiego; trzeba wiedzieć, że wówczas cieśla był też i drwalem i tokarzem, a nawet kołodziejem. Pod kierunkiem Józefa wyrabiał Jezus owe jarzma dla wołów i sochy, o których pamięć przechowała się jeszcze w wieku następnym.

W tym czasie Maryja jak najdokładniej spełniała wszelkie obowiązki gospodyni skromnego domostwa. Przygotowywała posiłek dla Józefa i Syna, aby się pokrzepili wracając z pracy. Wziąwszy na ramię dzban gliniany, szła po wodę do studni — do tej samej, która po dziś dzień służy jeszcze mieszkańcom Nazaretu, bo tam nigdy drugiej studni nie było. Prała bieliznę i tkała szaty dla siebie i całej rodziny, jak to wówczas było w zwyczaju. Może też przyjmowała pracę od obcych i poszukiwała roboty poza domem, aby przysporzyć Józefowi nieco zarobku i mieć z czego wspomagać biednych. Niewątpliwie dawała często potrzebującym nie tylko grosz zarobiony, lecz i pracę rąk własnych. A Jezus, czy nie spoglądał na nią z równą wdzięcznością i miłością, gdy wspierała jego braci ubogich, jak gdy pracowała dla niego samego?

Przy tym jednak życie Maryi było jakby ciągłą kontemplacją. We wnętrzu swej duszy, niezależnie od działania zmysłów, oddawała się nieustannemu rozmyślaniu spraw Bożych; był to, zdaje się, jeden ze szczególnych jej przywilejów. Co więcej, i w rzeczach zewnętrznych odnajdywała przedmioty tych myśli świętych, które od początku cudownym sposobem, przez wiedzę wlaną wzbogaciły Jej duszę. Zresztą samo otoczenie pobudzało Ją ustawicznie do takich rozważań.

Wzrok Jej był skromnie spuszczony, gdy przechodziła wśród ludzi, uszy Jej były zamknięte na gwar świata; za to Jej zmysły, wyobraźnia i pamięć koncentrowały się na Jezusie, na Jego Osobie i życiu, na wszystkich jego tajemnicach, które się dokonywały tuż przy Niej, z Nią i w Niej. To był właśnie ów święty skarb, który Maryja w swym sercu przechowywała; to był ustawiczny przedmiot jej kontemplacji, który pod wpływem rozważania i tysięcznych nowych przeżyć ukazywał się jej w coraz to pełniejszym świetle.

Wśród tych nowych oświeceń, padających na tajemniczy świat, który przepełniał serce Maryi, naczelne miejsce zajmowało codzienne obcowanie z Jezusem, te poufne zwierzenia, jakie Matce swej uczynił, te Jego rozmowy w czasie posiłku i wytchnienia, te wylewy serdeczne podczas krótkich przechadzek w dni świąteczne. Choć żadne echo rozmów Świętej Rodziny do nas nie dotarło, przecież nie ulega wątpliwości, że Jezus, Maryja i Józef w codziennej wymianie myśli poruszali nie tylko sprawy życia powszedniego i obowiązków domowych, lecz że ich rozmowy tyczyły się przede wszystkim tej wzniosłej powinności miłowania Boga i duchownego z nim zjednoczenia i że obracały się dokoła wielkiej sprawy zbawienia świata. Chętnie przedstawiamy sobie, jak Jezus, w miarę postępu w latach, przedłużał swe rozmowy, jak Maryja i Józef ze świętą chciwością czekali na upragnioną chwilę wspólnej wymiany myśli i jak umieli odczuwać cały urok słów Jezusowych. Jakże głęboko zapisywały się słowa Syna w sercu Matki, jakież tam wywierały wrażenie! Z jakimże to usposobieniem Józef otwierał swą duszę na przyjęcie Boskich zwierzeń Tego, który go ojcem swym nazywał.

Żeby serce ludzkie mogło w sobie rozwijać tę miłość Bożą, dała mu Opatrzność w obecnej ekonomii zbawienia wielki środek. Jest nim człowieczeństwo Pana naszego. Poznając widzialnie Boga wcielonego, wznosimy się aż do umiłowania Boga niewidzialnego. Maryja zrozumiała te zamiary Opatrzności i doskonale im odpowiadała. Toteż patrząc nieustannie na Jezusa i słuchając go tak często, poiła ustawicznie swą duszę Boską miłością. Wyjątkowe zaś przywileje, którymi Bóg obsypał Najświętszą Pannę, sprawiały, że Jej miłość jaśniała również szczególniejszymi przymiotami, niedostępnymi dla nikogo. Była to miłość wyższa, aniżeli czułe kochanie matek, gorętsza od czystej i płomiennej miłości dziewic. Jedynie w sercu Maryi zespoliła się wszystka potęga i cała delikatność miłości dziewiczej i macierzyńskiej zarazem. Była to miłość Dziewicy Matki, która tym pełniej i wyłączniej lgnęła do swego Dziecięcia, że sama jedna dała mu życie. Ale to nie wszystko. Była to jeszcze miłość Matki Boga. Jeśli Maryja z nikim na ziemi nie dzieliła praw, jakie daje rodzenie i miłość stąd wynikająca, to dzieliła je z Ojcem, który jest w niebiesiech. Wskutek tej godności niewysłowionej, wyniesiona ponad wszelkie stworzenie, Maryja dosięga niejako sfery Bóstwa, a tym samym miłość jej przybiera również pewien charakter, absolutnie jej tylko właściwy i coś boskiego w sobie zawierający. Najświętsza Panna, miłując Boga jako swojego Stwórcę, swego dobroczyńcę, swój cel ostateczny i dobro najwyższe, miłuje go równocześnie — sama jedna i tylko Ona — jako swego Syna. Ku Niemu zdążają wszystkie Jej wzruszenia macierzyńskie, jak również najczystsza miłość uwielbienia, z którą Maryja jako stworzenie rzuca się cała w objęcia swego Boga i Pana.

Trzeba jednak pamiętać, że miłość; która się rozpala w ogniu kontemplacji Człowieczeństwa Chrystusowego, ma również to znamię właściwe wysokiej doskonałości, jakiem jest oderwanie się od wszystkiego, co podpada pod zmysły, nawet w tak wzniosłym przedmiocie, jakim jest postać Jezusa. Wypadnie bowiem nieraz wyrzec się słodyczy wynikającej z poczucia Jego obecności, tego wesela duchowego i pociechy, które On dokoła siebie roztacza. Przez tę ciągłą gotowość na ofiarę miłość Maryi wzrasta w stopniu niepomiernym i dosięga czystości najwyższej. Ta miłość Maryi jest głównym źródłem Jej zasługi, nadaje Jej czynom wartość niezrównaną.

Z pewnością w żadnym czasie i w żadnym miejscu nie zebrano tyle zasług, co w rodzinie nazaretańskiej. A przecież trudno znaleźć zajęcia prostsze i bardziej powszednie, posługi niższe, cnoty bardziej ukryte oczom ludzkim, aniżeli te, które tam wykonywano. Lecz właśnie tym najpospolitszym uczynkom zewnętrznym nadawał wartość bezcenną ów duch wewnętrzny, który je ożywiał, ten wzrok duszy utkwiony w Boga, to serce płonące ustawicznie pragnieniem podobania się Jemu samemu, a w końcu ta niezrównana miłość, która swoim dotknięciem wszystko w najczystsze złoto przemienia.

Nabożeństwo pierwszych sobót

czytaj dalej

Uroczystości i święta

czytaj dalej

Copyright 2012–2017 Serwis Rycerstwa Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji