Osobiste świadectwo Alfonsa Ratisbonne'a

List Alfonsa Ratisbonne’a do proboszcza kościoła Najświętszej Maryi Panny Zwycięskiej w Paryżu

Brat mój Teodor, w którym pokładano wielkie nadzieje, stał się chrześcijaninem i wkrótce potem — mimo usilnych próśb i rozpaczy, jaką sprawił, poszedł dalej, stał się księdzem i pracował jako kapłan w tym samym mieście i pod oczami niepocieszonej rodziny mojej. Ten postępek mego brata mnie — młodszego — ogromnie oburzył i spowodował we mnie uczucie pogardy dla jego sukni i stanu. Wychowany wśród młodych chrześcijan obojętnych jak i ja, nie doznawałem ani sympatii, ani antypatii dla chrystianizmu. Ale nawrócenie mego brata, które uważałem za niewytłumaczalne szaleństwo, kazało mi wierzyć w fanatyzm katolików i miałem doń odrazę...
Ukończyłem prawo w Paryżu, otrzymałem dyplom i wdziałem togę prawniczą. Potem zaś odwołany zostałem do Strasburga przez mego wuja, który wszystko uczynił, by umieścić mnie przy sobie. Nie potrafię zliczyć jego szczodrobliwości. Konie, powozy, podróże, tysiące hojności wyświadczał mi nie odmawiając spełnienia żadnych zachcianek...
Wuj jedynie mi wymawiał moje częste podróże do Paryża. Zanadto lubisz Pola Elizejskie — mówił z dobrocią. Miał słuszność. Lubiłem jedynie przyjemności. Interesy mnie niecierpliwiły, powietrze biurowe dusiło mnie. I choć pewna wstydliwość przyrodzona oddalała mnie od uciech i towarzystw podłych, nieszlachetnych, marzyłem tylko o zabawach i uciechach i oddawałem się im namiętnie...
Byłem żydem z imienia tylko, bo nie wierzyłem nawet w Boga. Nie otworzyłem nigdy książki treści religijnej. A w domu mego wuja, jak i u moich braci i sióstr, nie praktykowałem najmniejszych przepisów judaistycznych.
Pustka była w mym sercu i nie byłem wcale szczęśliwy wśród obfitości wszystkiego. Czegoś mi brakowało, ale ten przedmiot był również dany — przynajmniej tak myślę.
Miałem bratanicę, córkę mego brata starszego, która mi była przeznaczona od czasu, kiedy byliśmy oboje dziećmi. Rozwijała się z wdziękiem przed moimi oczyma i w niej widziałem całą moją przyszłość i całą nadzieję szczęścia dla mnie zachowanego...
Muszę tu zaznaczyć pewien przewrót, jaki się dokonał w moich pojęciach religijnych w epoce moich zaręczyn. Jak to powiedziałem, w nic nie wierzyłem; i w tej całej nicości, w tej negacji wszelkiej wiary znajdowałem się w zupełnej harmonii z moimi przyjaciółmi katolikami i protestantami. Ale widok mojej narzeczonej wzbudzał we mnie jakieś uczucie godności człowieczej. Zaczynałem wierzyć w nieśmiertelność duszy, więcej jeszcze, zacząłem instynktownie modlić się do Boga, dziękowałem Mu za szczęście, a jednak nie byłem szczęśliwy... Nie umiałem sobie zdać sprawy z moich uczuć, patrzyłem na moją narzeczoną jak na mojego dobrego anioła; mówiłem jej to często i, rzeczywiście, myśl o niej wznosiła moje serce ku Bogu, którego nie znałem, do którego nigdy się nie modliłem i którego nigdy nie wzywałem.
Uznano za stosowne z powodu wieku zbyt młodego mojej narzeczonej odłożyć ślub. Miała szesnaście lat. Miałem więc odbyć podróż dla przyjemności, oczekując na godzinę naszego połączenia...
Zdecydowałem się jechać do Neapolu, przebyć zimę na Malcie, by wzmocnić delikatne zdrowie i powrócić następnie przez Wschód. Wziąłem nawet listy do Konstantynopola i wyruszyłem w końcu listopada 1841 roku. Miałem być z powrotem na początku lata przyszłego...
Przebyłem miesiąc w Neapolu, by wszystko widzieć i wszystko spisać. Pisałem szczególnie przeciw religii i księżom, którzy w tych szczęśliwych krajach wydawali mi się zupełnie nie na miejscu. Och, ile bluźnierstw w moim dzienniku...

Wbrew własnym zamiarom dostałem się do Rzymu i tam spotkałem się z baronem Teodorem de Bussieres, który z protestantyzmu przeszedł na katolicyzm. Moja nienawiść do katolicyzmu jeszcze bardziej wzrosła po zwiedzeniu getta żydowskiego w Rzymie. Swoje wrażenie, na wiadomość o przygotowujących się do ceremonii chrztu 2 żydów, tak podsumowałem w dzienniku podróży: „Nie potrafię wyrazić oburzenia, jakie mnie pochwyciło na te słowa; a gdy mój przewodnik zapytał, czy życzę sobie asystować temu: Ja? — zawołałem — ja? asystować podobnym nikczemnościom! Nie, nie; nie mógłbym się powstrzymać, by się nie rzucić na chrzczących i chrzczonych!”.
Muszę powiedzieć bez obawy przesadzenia, że nigdy w życiu nie byłem tak rozgoryczony przeciw chrześcijaństwu, jak od czasu widzenia getta. Nie wstrzymywałem się w szyderstwach i bluźnierstwach.

Z wyraźną niechęcią przyjąłem od barona de Bussieres Cudowny medalik, a 20 stycznia udałem się do kawiarni na Placu Hiszpańskim, by przejrzeć dziennik i ledwom się tam znalazł, gdy pan Edmund Humann, syn ministra finansów, przyszedł i usiadł koło mnie. Rozmawialiśmy z sobą o Paryżu, o sztuce i polityce. Wkrótce inny przyjaciel mnie zaczepił; był to protestant pan Alfred de Lotzbeck, z którym miałem rozmowę jeszcze bardziej błahą. Mówiliśmy o polowaniu, o przyjemnościach, o uciechach karnawałowych, o świetnym wieczorze, jaki był wydał książę Torlonia. Uroczystości moich zaślubin nie mogły być pominięte. Zaprosiłem pana de Lotzbeck, który mi przyrzekł niezawodnie na nie przybyć. Gdyby w tej chwili (było to południe) trzeci jaki interlokutor był się zbliżył do mnie i powiedział: Alfonsie, za kwadrans uczcisz Jezusa Chrystusa twego Boga, twego Zbawiciela i ukorzysz się w ubogim kościele i bić się będziesz w piersi przed księdzem w klasztorze Jezuitów, gdzie spędzisz karnawał na przygotowaniach do chrztu, gotów oddać się w ofierze za wiarę katolicką i wyrzekniesz się świata i pychy jego, jego przyjemności; swojej fortuny, swoich nadziei, swojej przyszłości, a jeśli trzeba będzie, wyrzekniesz się swojej narzeczonej, afektu [do] rodziny, szacunku twoich przyjaciół, przywiązania żydów... i niczego pragnąć nie będziesz, jak iść za Chrystusem i nieść krzyż Jego aż do śmierci... Mówię, że gdyby prorok jaki podobną zrobił mi przepowiednię, sądziłbym, że tylko jeden człowiek mógłby być większym wariatem od niego, to ten, co by uwierzył w możliwość takiego szaleństwa! A jednak, to szaleństwo stanowi dziś moją mądrość i moje szczęście.
Wychodząc z kawiarni spotykam powóz pana Teodora de Bussieres, który prosił mnie o pozwolenie zatrzymania się na kilka minut przed kościołem Sant'Andrea delle Fratte, znajdującym się tuż obok, dla wydania pewnego polecenia. Zaproponował, bym został w powozie; wolałem wysiąść, aby obejrzeć kościół. Robiono przygotowania pogrzebowe. Zapytałem o nazwisko nieboszczyka, który miał odebrać te ostatnie honory. Pan de Bussieres odpowiedział mi: Jest to jeden z moich dobrych przyjaciół, hrabia de Laferronays; nie widziałem go nigdy i nie odczuwałem nic innego jak lekką przykrość, jaką się odczuwa [na wieść] o czyjejś nagłej śmierci. Pan de Bussieres opuścił mnie, by pójść zarezerwować trybunę dla rodziny zmarłego. Proszę się nie niecierpliwić — powiedział mi wchodząc do klasztoru — będzie to sprawa dwóch minut.

Kościół św. Andrzeja jest mały, ubogi i odludny... Zdaje mi się, żem był w nim samotny... żaden przedmiot sztuki nie zwracał uwagi. Machinalnie wodziłem wzrokiem wokoło, nie zatrzymując się myślą nad niczym. Przypominam sobie czarnego psa, który przede mną kręcił się i wyskakiwał... Wkrótce pies ten znikł. Cały kościół znikł, nie widziałem już nic, a raczej, o mój Boże! widziałem jedną rzecz!!!

Jakże można by o tym mówić? Och! nie, słowo ludzkie nie powinno próbować nawet wyrazić tego, co się nie daje wyrazić. Wszelki opis, jakkolwiek wspaniały by był, byłby tylko profanacją niewymownej prawdy.
Byłem tam ukorzeniony, zalany łzami, sercem wychodzący poza moją istotę, kiedy pan de Bussieres przywołał mnie do życia.
Nie mogłem odpowiedzieć na jego naglące pytania, ale wreszcie uchwyciłem medalik zawieszony na mej piersi, całowałem z wylaniem wizerunek Najświętszej Panny promieniujący łaskami. Och! to była ONA!
Nie wiedziałem, gdzie jestem, nie wiedziałem, czy byłem Alfonsem czy innym, doświadczyłem całkowitej przemiany, czułem się wewnętrznie innym... Chciałem się odnaleźć i nie odnajdywałem się... radość najgorętsza wybuchła na dnie mojej duszy; nie mogłem mówić, nie chciałem nic odkryć; czułem w sobie coś uroczystego i świętego, co mi kazało prosić o księdza... Zaprowadzono mnie i dopiero po odebraniu stanowczego rozkazu opowiadałem, o ile mogłem, na klęczkach z sercem drżącym.
Pierwsze moje słowa były wyrazami wdzięczności dla pana de Laferronays i dla Bractwa Najświętszej Maryi Panny Zwycięskiej. Wiedziałem w sposób pewny, że pan de Laferronays modlił się w mojej intencji, lecz nie umiałbym powiedzieć, w jaki sposób to wiedziałem, jak mam zdać sobie sprawę z prawd, które nabyłem: wiarę i poznanie. Wszystko, co mogę powiedzieć, to [jedynie to], że w chwili gestu opaska zasłaniająca spadła mi z oczu. Nie tylko jedna, lecz wszystkie opaski, które mnie owijały, znikły kolejno i szybko jak śnieg, błoto i lód pod działaniem palącego słońca.

Wychodziłem z grobu, z otchłani ciemności i byłem żyjący, doskonale żyjący... ale płakałem! Widziałem na dnie otchłani nędze ostatnie, z których zostałem wyciągnięty przez miłosierdzie nieskończone; dreszcz mnie przechodził na widok wszystkich moich niegodziwości i byłem zdumiony, rozczulony, starty z zachwytu i wdzięczności. Myślałem o moim bracie z radością niewypowiedzianą, ale do moich łez miłości domieszały się łzy litości. Niestety! tylu ludzi schodzi spokojnie do tej otchłani z oczami zasłoniętymi przez pychę nie troszcząc się... schodzą wchłonięci żywcem w straszne ciemności... i moja rodzina, moja narzeczona, moje biedne siostry!!! Och, rozdzierający niepokój! O was to myślałem, o was, których kocham, za was to oddawałem moje pierwsze modlitwy... Czy nie wzniesiecie oczu ku Zbawicielowi świata, którego krew starła grzech pierworodny. Och, jak piętno tego splugawienia jest szkaradne, jak czyni zupełnie niepodobne stworzenie uczynione na obraz i podobieństwo Boże.

Pytaj mnie, jak poznałem te prawdy, gdyż jest stwierdzone, że nigdy nie otworzyłem książki treści religijnej, nigdy nie odczytałem jednej stronicy z Biblii i że dogmat grzechu pierworodnego całkowicie zapomniany albo zaprzeczony przez żydów naszych czasów, nigdy ani na chwilę nie zaprzątał mojego umysłu; wątpię nawet, czy znałem jego nazwę. Jakże więc doszedłem do tego poznania? Nie umiałbym powiedzieć. Wszystko, co wiem, to [tylko to], że wchodząc do kościoła nie wiedziałem nic, a wychodząc widziałem jasno. Nie mogę inaczej wytłumaczyć tej odmiany, jak przez porównanie człowieka, którego by obudzono ze snu głębokiego nagle, albo przez analogię niewidomego od urodzenia, który raptem ujrzałby światło dzienne; widzi, ale nie może zdefiniować światła, które go oświeca i w świetle którego widzi przedmioty swojego podziwu.
Jeżeli nie można wytłumaczyć światła fizycznego, jakże można by wytłumaczyć światło, które w gruncie jest prawdą samą? Prawdą będzie, gdy powiem, żem nie znał pism, lecz przejrzałem znaczenie i ducha dogmatów.
Czułem te rzeczy bardziej, niż je widziałem i odczuwałem jeszcze skutki niewymowne, jakie sprawiły we mnie. Wszystko się działo wewnątrz mnie i te wrażenia tysiąc razy szybsze niż myśl, tysiąc razy głębsze niż refleksje, nie tylko dotknęły moją duszę, ale one jakby ją odwróciły i skierowały w innym kierunku, ku innemu celowi i na inne życie...
Świat niczym był już dla mnie. Uprzedzenia przeciw chrystianizmowi nie istniały już; przesądów z dziecinnych lat nie było ani śladu; miłość Boga mego tak zajęła miejsce wszelkiej innej miłości, że nawet moja narzeczona ukazywała mi się pod innym kątem widzenia. Lubiłem ją jakby się lubiło przedmiot, który Bóg w ręku swym trzyma, jak dar cenny, który każe miłować jeszcze więcej darzącego...

Czułem się gotów na wszystko i pragnąłem żywo chrztu. Chciano go odłożyć. Ale co — zawołałem — żydzi, którzy usłyszeli przepowiednię Apostołów byli natychmiast ochrzczeni, a wy chcecie mój chrzest odkładać? Po tym, gdy słyszałem Królowę Apostołów? Moje wzruszenia, moje pragnienia gwałtowne, moje błagania dotknęły ludzi litościwych, którzy mnie przygarnęli i uczynili na wieki błogosławioną obietnicą chrztu.
Nie mogłem się prawie doczekać dnia oznaczonego na urzeczywistnienie tej obietnicy. Takim się widział szkaradnym przed Bogiem, a jednak ile dobroci, ile miłosierdzia okazywano mi przez wszystkie dni przygotowania się mojego....

Wdzięczność będzie odtąd moim prawem i moim życiem. Nie mogę jej wyrazić słowami, ale postaram się wyrazić ją czynami...

Alfons Ratisbonne został ochrzczony 31 maja 1842 roku. Założył zgromadzenie Matki Bożej Syjońskiej, które wraz z nim poświęciło się bez reszty nawracaniu Żydów na wiarę katolicką.
„Całą swoją wolność oddaję Bogu. Całe życie mu poświęcam, by pracować w służbie Kościołowi... pod opieką Maryi” — ogłosił Ratisbonne i słowom swym pozostał wierny do końca.

Nabożeństwo pierwszych sobót

czytaj dalej

Uroczystości i święta

czytaj dalej

Copyright 2012–2017 Serwis Rycerstwa Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji