Salve Regina i jego autor

Od uroczystości Świętej Trójcy do pierwszej niedzieli Adwentu Kościół święty po modlitwie wieczornej, komplecie, śpiewa Salve ReginaWitaj Królowo.
Autorstwo antyfony Salve Regina przypisuje się bł. Hermanowi Contractus, benedyktynowi z opactwa Reichenau, na wysepce jeziora Bodeńskiego.
Francuski pisarz Huysmans (Flamandczyk z pochodzenia +1907), wielki miłośnik liturgii, której zawdzięczał swe nawróceni, w książce En route dzieli tę antyfonę na trzy części, odpowiadające trzem głównym epokom życia ludzkiego: dzieciństwu, młodości i starości.
Salve Regina to modlitwa wszystkich wieków. Zaczyna się od pieśni wesela od radosnego powitania dziecięcia, szukającego pieszczotliwych słów, aby ukochać swoją matką: „Witaj Królowo, Matko miłosierdzia, życie słodyczy i nadziejo nasza witaj!” Lecz później ta dusza tak niewinna, tak beztroska i szczęśliwa, idąc dalej w życie poznała grzech dobrowolny, więc składa błagalnie ręce i woła płacząc o pomoc; nie wielbi już Maryi z uśmiechem, lecz ze łzami: „Do Ciebie wołamy, wygnańcy synowie Ewy. Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole”. Wreszcie nastaje starość; dusza kaja się w skrusze, wspomnieniem zaniedbanych natchnień i zmarnowanych łask; z lękiem myśli o bliskim rozwiązaniu okow ciała, o skruszeniu swej ziemskiej powłoki, o nienasyconym głodzie tych, których Sędzia sprawiedliwy na wieki odrzuci, i błaga na klęczkach Wspomożycielkę niebieską o ratunek: „Przeto więc Orędowniczko nasza, one dni Twoje miłosierne oczy na nas zwróć; a Jezusa błogosławiony owoc żywota Twego, po tym wygnaniu nam okaż”.
„A do tej skondensowanej modlitwy, która ułożył błog. Herman — kończy Huysmans — św. Bernard dodał w uniesieniu dodał trzy końcowe wezwania: „O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!”, pieczętując tę niezrównaną antyfonę trzema okrzykami miłości, dzięki którym pieśń powraca do swego początkowego nastroju”.

Historia życia bł. Hermana Contractusa
Było to około roku 1000. W tym to czasie żył w pięknej i bogatej Szwabii możny Wolfram, hrabia na Althausen, z małżonką swą, pobożną Hitrudą. Mieli już kilkoro dorodnych dziatek, gdy 18 lipca 1013 roku urodził się trzeci syn, Herman. Niestety, dziecię to było nie tylko chorowite, lecz, jak się zdawało, upośledzone na umyśle. Biograf jego Berthold opowiada, że przez pierwsze lata życia nie mógł się nauczyć chodzić, ani mówić. Gdy miał 7 lat stroskani rodzice umieścili go w klasztorze w Reichenau, gdzie pod troskliwą i umiejętną opieka zacnych mnichów biedny chłopczyna zaczął się rozwijać fizycznie i moralnie. Wprawdzie przez całe, niedługie zresztą, życie miał zostać kaleką: chodził z trudem, z trudem trzymał pióro w powykręcanych bólami reumatycznymi rękach, lecz inteligencja jego budziła się jakby cudem. On sam przypisywał to opiece Najświętszej Maryi Panny, do której miał zawsze szczególne nabożeństwo. Z roku na rok czynił tak znaczne postępy, że można go było wreszcie przyłączyć do klas normalnych wychowanków szkoły klasztornej. Zdobył gruntowna znajomość łaciny i został przyjęty do grona zakonników, stał się jednym z najbardziej uczonych mnichów słynnego z nauki i cnoty opactwa w Reichenau.
Herman otrzymał od swoich współbraci przydomek „Contractus”, tj. „skruszony”, bo nie mógł się nigdy całkowicie wyprostować. Nie był on jednak tetrykiem i odludkiem zatopionym w pergaminach, lecz miłym, pogodnym towarzyszem, o niewiędnącej świeżości serca i żywym umyśle; wszyscy go kochali i garnęli się chętnie do niego.

Zdumienie ogarnia nas, gdy uprzytomnimy sobie, że ten człowiek, nieustannie cierpiący, poruszający się z największym wysiłkiem, mógł zdobyć tyle różnorodnej wiedzy i pozostawić tyle dzieł z dziedziny teologii, etyki, liturgii itp. Matematyka, fizyka, łacina, greka — ba! nawet język arabski były mu dobrze znane. Jako prawdziwy syn św. Benedykta kochał się w śpiewie liturgicznym i napisał traktat o muzyce. Nie szuka w niej wdzięku, rozkoszy dla ucha, lecz uważa, że muzyka, zwłaszcza religijna, powinna wyrażać nie tylko uczucia, lecz i myśli. Śpiew liturgiczny ma być przede wszystkim wzniesieniem duszy do Boga, czyli modlitwą, nie zaś jedynie przyjemnością dla słuchu.
Obok prac literackich, artystycznych i lingwistycznych, ten mnich kaleka sprzed lat prawie tysiąca, wymyślił i skonstruował, z pomocą swych braci zakonnych, przyrząd do mierzenia odległości gwiazd! Co zaś za życia najbardziej wsławiło jego imię, to Cronicon, czyli historia powszechna od Chrystusa Pana aż do czasów autora. Herman opiera się w tym dziele na dokumentach po części dziś zaginionych, oraz na dawnej kronice urzędowej Szwabii. Godnymi uwagi są jego dokładność i ostrożność w badaniu źródeł, oraz jego niepospolity zmysł krytyczny. Spogląda on na świat z głębi swej celi klasztornej bez ironii, bez goryczy, bez niechęci i pogardy, lecz z życzliwym zainteresowaniem, i patrzy uważnie, notuje, filozofuje, podaje fakty w trafnej perspektywie i w prawdziwym świetle, a we wszystkim widzi kierującą dziejami ludzkości, ojcowską rękę Bożą.
Z tego co dotąd powiedziano, nie wiemy jeszcze nic o jego życiu wewnętrznym, o stopniu zjednoczenia jej duszy z Bogiem. Wątek tej tajemnicy odsłania nam dopiero opis jego ostatnich chwil, pozostawiony przez jego współbrata i serdecznego przyjaciela, o. Bertholda: „Gdy wreszcie dobry Bóg zamierzył wyswobodzić świętą duszę brata Hermana z więzów doczesności, zesłał mu śmiertelną chorobę. Po dziesięciu dniach zaszedłem do niego wczesnego ranka przed Mszą św. i pytam, czy się nie czuje lepiej”. „Nie pytaj mnie o to — rzecze — nie pytaj. Powiem ci raczej coś, co napełniło mnie wielka pociechą i ufnością. Zważaj dobrze, co ci powiem: nie wyzdrowieję; umrę z tej choroby. Wszystkim wam, bracia moi, polecam usilnie duszę moją grzeszną, goręcej niż kiedykolwiek… Przez całą dzisiejszą noc byłem jakoby w stanie ekstazy; zdawało mi się, że czytam Hortensiusa Cycerona; tłumaczyłem go gładko, z największą łatwością, jakby na jawie, rozumiejąc dokładnie głębsze znaczenie każdego słowa, jak w Pater noster. Potem zdawało mi się, że piszę dalszy ciąg mojego traktatu De Vitus, który uważałem dotąd za skończony i wiele innych jeszcze rzeczy. Myśli i słowa same mi się układały i wnikałem w treść każdego z nich. Pod wrażeniem tej pracy cały świat ziemski i wszystko, co się go tyczy, oraz życie doczesne wydało mi się błahym i marnym, a za to świat zaziemski i życie wieczne przedstawiły mi się w tak wspaniałym świetle, że dziś rzeczy przemijające są dla mnie zupełnie bezwartościowe, jakby ten puszek ostu, którym igra najlżejszy powiew wiatru”.
Ojciec Berthold kończył swe opowiadanie refleksją: „Uderzony byłem jego słowami i na myśl o bliskim rozstaniu z drogim przyjacielem wybuchnąłem niepohamowanym płaczem. Herman spojrzał na mnie i strofował mnie łagodnie: «Przyjacielu serca mego nie płacz nade mną! Powinieneś raczej tańczyć z radości i winszować mi!... Ty też przyjacielu najmilszy pójdziesz za mną niewiadomego dnia i godziny, więc przygotuj się co dzień starannie na ta daleką podróż». Po tych słowach zamilkł. Następnych dni choroba wzmogła się i widać było że śmierć się zbliża. Rozpłomieniony pragnieniem nieba, chory odbył ostatnia spowiedź z serdeczna skruchą, przyjął z miłością święty Wiatyk w otoczeniu braci zakonnych, którzy klęcząc dookoła łoża umierającego, płakali i modlili się, a wydawszy ostatnie tchnienie wszedł do wesela Pana swego 24 września 1054 roku, w czterdziestym roku życia, nie zasmuciwszy nigdy żadnego z tych, którzy go kochali”.
Pochowany został w grobach rodzinnych ojcowskiego zamku w Althausen. Tyle wiemy o nim z kroniki klasztoru opactwa Reichenau.
Herman Contractus, który w ówczesnym twardym rycersko feudalnym świecie, ceniącym nade wszystko siłę mięśni i sprawność w boju, urodził się kaleką, byłby nim prawdopodobnie pozostał do końca życia. Lecz w sprzyjającej atmosferze klasztornej, rozwinął się jak chora roślinka pod rękami umiejętnego ogrodnika, i stał się nie tylko pożytecznym członkiem społeczeństwa, lecz chluba swojego zakonu, jednym z najznakomitszych uczonych średniowiecza, sławnym pisarzem i poetą. Znane jest jego gorące nabożeństwo do Najświętszej Panny. Najpiękniejszym tego wyrazem jest jego antyfona WITAJ KRÓLOWO.

Uzupełnienie św. Bernarda z Clairvaux
Niektórzy przypisywali autorstwo Salve Regina opatowi z Clairvaux, lecz ta hipoteza nie utrzymała się. Natomiast dowiedzione jest, że św. Bernard zaprowadził w klasztorach cystersów codzienne śpiewanie Salve Regina po komplecie, i że dopełnił je trzema wyżej przytoczonymi wezwaniami. Oto co mówi tradycja, starannie w Niemczech przechowywana:

„W 1146 roku Bernard został wysłany jako legat Stolicy świętej, by głosić krucjatę po całej Europie. Gdy przybył do Spiry, ówczesnej stolicy cesarstwa, zgotowano mu w katedrze uroczyste przyjęcie. Gdy wchodził do świątyni, wśród rozentuzjazmowanych tłumów, śpiewano właśnie Salve Regina. Święty Bernard przystanął na progu i w zachwycie miłości zawołał: O clemens. Drugi raz zatrzymał się na środku kościoła i przyklęknąwszy dodał: O pia. Dochodząc zaś do ołtarza padł na kolana i w podniesieniu ducha dokończył: O dulcis Virgo Maria.”
Na pamiątkę tego zdarzenia wpuszczone w kamienną posadzkę katedry mosiężne litery uwieczniające miejsce powstania tych trzech hyperdulicznych wykrzykników, które wyrwały się z duszy jednego z największych czcicieli Najświętszej Dziewicy. Tworzą one dziś stałe zakończenie pieśni Salve Regina. Pierwsi do swojego oficjum wprowadzili ją dominikanie i franciszkanie. W zakonie kaznodziejskim nabrała szczególnego znaczenia, odkąd zbroczyła ją krew męczeńska bł. Sadoka i jego 48 towarzyszy. Tatarzy bowiem w wigilię Matki Boskiej Gromnicznej, 1 lutego 1260 roku wymordowali w Sandomierzu cały konwent dominikanów, śpiewających Salve Regina, o czym wspomina kolekta na dzień błogosławionych męczenników 2 lutego.
Święty Pius V, sam będący dominikaninem, włączył ją do powszechnego brewiarza rzymskiego. Odtąd ta pieśń stanowi jedną z najulubieńszych modlitw ludu katolickiego do Najświętszej Maryi Panny.

*****

Tu się nasuwa wdzięczny szczegół z życia św. Gertrudy. Pewnego razu, gdy święta po komplecie śpiewała w chórze Salve Regina, ukazała się jej Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem na ręku. Przy słowach: illos tuos misericordes oculos ad nos converte — one Twoje miłosierne oczy ku nam zwróć — Matka Boża wzięła delikatnie Dziecię Jezus pod bródkę i obróciła Jego twarzyczkę w stronę świętej, tak, że oczy Jego spoczęły na Gertrudzie, która uczuła w sercu niewymowna radość pod tym boskim spojrzeniem.

opr. na podst. Róża Duchowna 10/1950

Tekst modlitwy

Nabożeństwo pierwszych sobót

czytaj dalej

Uroczystości i święta

czytaj dalej

Copyright 2012–2017 Serwis Rycerstwa Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji